Przy okazji kolejnego pobytu w Szwajcarii, nie mogliśmy sobie odmówić zwiedzenia Księstwa Liechtenstein. Państewko to iście cudaczne: powierzchniowo prawie dwa razy mniejsze od Wrocławia, zamieszkałe przez ledwie 35 tys. mieszkańców. Inne dane statystyczne są równie imponujące: łączna długość tras kolejowych - 9 km (obsługiwane przez koleje austriackie), łączna długość dróg - 380 km... Przy tym jest to jedno z najbogatszych państw na świecie - z dochodem ponad 130 tys. dolarów na głowę.
Wizytę zaczynamy, a jakże, od pięknie położonej u stóp Alp Retyckich stolicy. Vaduz liczy, uwaga, całe 5 tysięcy mieszkańców i jest drugim co do wielkości miastem Księstwa! Parkujemy pod katedrą Św. Floriana (w całym Lichtensteinie pierwsza godzina parkowania jest gratis, kolejne 1 - 1,5 CHF) i ruszamy główną promenadą miasta. Zachwyca nas architektura, zarówno ta wielka, jak i ta mała: wspaniałe zabytkowe budowle sąsiadują z nowoczesnymi, wszędzie mnóstwo świetnie wkomponowanych w otoczenie rzeźb i detali architektonicznych (ławeczki, fontanny, pergole itp.). Wszystko doskonale zharmonizowane i świetnie zaprojektowane! Przejście całej promenady zajmuje, wraz z sesjami zdjęciowym i oglądaniem wystaw, około pół godziny. Ponieważ muzea Liechtensteinu nie słyną z unikalnych zbiorów (wyjątkiem jest muzeum znaczków pocztowych, ale filatelistyka jakoś nas nie kręci) - rezygnujemy z ich zwiedzania. Wstępujemy tylko do Lichtenstein Tourism, by za marne 3 CHF dostać pieczątkę do paszportu (na granicach nie ma, oczywiście, żadnych kontroli). Podejrzewamy, że jest to znaczne źródło dochodów Księstwa, bowiem każdego dnia przybywa tu więcej turystów niż Liechtenstein ma obywateli, a prawie każdy ustawia się w kolejce po stempel! Potem wspinamy się urokliwą trasą do Zamku Vaduz (Schloss Vaduz) - strome podejście zajmuje ok. 20 minut (z czytaniem tablic informacyjnych o historii i współczesności Księstwa). Piękny, choć niewielki, zamek zachwyca piękną bryłą i położeniem, jest jednak niedostępny dla zwiedzających (tu ciągle mieszka władca). Wstępu nie ma także do zamkowych ogrodów.
Następnie jedziemy do Schaan - największego miasta w Liechtensteinie (tu mieści się siedziba Hilti). Samo Schaan, choć ma swój urok, nie zachwyca. Dość długo szukamy najstarszego zabytku w całym księstwie - rzymskiego castellum. Jak się okazuje, z całego obiektu do dziś zachowały się jedynie fragmenty przyziemia głównej bramy i kawałek murów - słowem zabytek interesujący, ale raczej dla miłośników starożytności.
Wreszcie przyszedł czas na góry! Najpierw jedziemy do pięknie położonego Triesenberg, zachwycającego wspaniałymi panoramami doliny Renu (który w niczym nie przypomina tu potężnej rzeki znanej z Niemiec, czy Holandii - ma szerokość zaledwie kilkunastu metrów) i otaczających ją Alp. Potem ruszamy jeszcze dalej, w teren całkowicie już górski, do Steg. Stąd prowadzą szlaki w najwyższe partie Alp Retyckich. Wioska wygląda znacznie skromniej i surowiej niż podobne w Szwajcarii i Austrii, ale ma swój niepowtarzalny urok. Nie starczyło nam już czasu na zdobycie któregoś z otaczających dolinę szczytów, ale i tak warto było odwiedzić to piękne miejsce.
Wracając z tego mikroskopijnego państwa, dochodzimy do wniosku, że znamy je już lepiej niż własny kraj. Nie wiem, czy kiedyś tu wrócimy - jest tyle niezwykłych miejsc, w których nas jeszcze nie było. Jeśli jednak macie możliwość poświęcić jeden lub dwa dni - z czystym sumieniem polecamy Liechtenstein. Warto!