To już nasz drugi wypad do Szwajcarii. Tym razem, jak się okazało, przybyliśmy nieco za wcześnie - niemal wszystkie szlaki powyżej 2000 m n.p.m. były zamknięte (lawiny!).
Zamieszkaliśmy w pobliżu pięknego Thun (Berner Oberland) położonego nad cudownym turkusowym jeziorem (Thuner See). Pierwszy dzień poświęciliśmy na aklimatyzację i zwiedzanie Bern. Drugiego dnia wypuściliśmy się w góry - do Grindelwald u stóp sławnej trójki: Eigeru, Monch i Jungfrau. Planowaliśmy dojść pod lodowiec u stóp tych 4-tysięczników. Niestety: szlaki były pozamykane, a nad naszymi głowami co chwilę słychać było trzask schodzącej lawiny (to żadna figura retoryczna - naliczyliśmy cztery lawiny, z czego 2 zeszły na naszych oczach, a jedna powyżej miejsca, w którym się znajdowaliśmy!). Potem próbowaliśmy podejść pod lodowiec szlakiem po drabinach, ale i to okazało się niemożliwe - zimą drabiny pozawalały się pod ciężarem śniegu. Skończyliśmy więc na lawinisku, gdzie pierwszy raz w życiu mogliśmy się naocznie przekonać o potędze lawiny.
Następny dzień postanowiliśmy poświęcić na trekking wokół szczytu Niederhorn (1949 m n.p.m.) - ze względu na wspaniałe widoki na Eiger, Monch i Jungfrau. Co prawda, na szczycie śniegu było ponad pół metra, ale dało się bezpiecznie poruszać po masywie. Po 6-godzinnej wyprawie zeszliśmy do najdłuższej wsi w Europie: Beatenberg (tu mieszka Erich von Daniken) i dalej nad samo jezioro Brienz.
Ostatni dzień pobytu to już czysta rekreacja - rejs statkiem po jeziorze Brienz ze wspaniałymi widokami na góry, wodospady, zamki i pałace.